Can a Heart Still Break After It’s Stopped Beating ?“

Michael Skweres

ZaPinteresowanie

fejsowanie i owca w wielkim mieście

Zacznijmy od tego czym w ogóle jest Pinterest, przy czym to nie tyle definicja, co to jak ja odbieram ten serwis, z którego swoją drogą jakoś nie spieszno mi korzystać. Zamiast użytkownikiem jestem więc biernym obserwatorem. Pinterest odbieram trochę jak taką ścianę jaskini w Lascaux, nie umniejszając wartości rysunków naskalnych to niezmiennie pierwszym skojarzeniem jest pismo obrazkowe, czyli w pewnym stopniu krok wstecz.

Porozumiewanie się za pomoca obrazów było pierwsze i może taka kolej rzeczy jest własciwa, że wracamy do tej formy komunikacji. Obawiam się tylko do czego to na dłuższą metę doprowadzi. Może zabrzmie tutaj jak jakiś stary pierdziel, który jak ten wół zapomniał sam gdy cielęciem był, czy jak rodzic, który sam szalejąc za młodu na koncertach w jarocinie, krytykuje teraz i nie rozumie absolutnie mówyki młodego pokolenia twierdząc kategorycznie, że jest nic nie warta. W końcu przecież kiedyś, dawno dawno temu książki były największą wartością. Gazety i pisane z dbałością artykuły źródłem informacji. Później już z górki na pazurki. Radio, telewizja, bryki, blogi, facebook i twitter wraz z klonami zamknęły przekazywanie sobie informacji i rozmowy do 140 znaków. Pinterest z kolei w ogóle już nie wymaga słów, ot jeden czy dwa wyrazy pod obrazkiem „zajebiste, zobaczcie”. Idea działania przypomina przy okazji serwis instagram i jego klony. Jak to się skończy ? Nie wiem i boję się bawić we wróżkę.

Na łamach serwisu socialtalk​.pl poruszono aspekt wykorzystania serwisu pinterest od strony komercyjnej. Sprzedaż, promocja, kontakty z klientami. Tych wydaje się nie być nigdy zbyt wiele, ale jak słusznie zauwazył autor, nasz kraj w dalszym ciągu jest sto lat za murzynami. Oczywiście nie chcemy sie do tego przyznać, nawet przed sobą ale to smutna prawda. Nie raz się już przekonałem kręcąc się po internecie jak bardzo to polskie poletko (trafne określenie Kamila z socialtalk) jest ograniczone i malutkie.

Twitter to tak narawdę spora, bo spora ale nadal garstka tych samych osób, które przy okazji swoich zainteresowań, branży i wyrobionych przyzwyczajeń korzystają regularnie z Twittera, Google+ i są chętni, aby próbować nowych rzeczy.

Facebook jest popularny, owszem, nawet bardzo. Zastąpił naszą klasę, która była takim młodszym bratem (siostrą ?) facebooka nim ten rozpowszechnił się i stał się trendi. Myślę jednak, co pewnie wyda się zabawne, że gdyby nie promowanie facebooka na zasadzie fanpejdzy dużych firm, programów w telewizji, róznych show itd. itd. w dalszym ciągu królowała by nam miłościwie enka. Stało się jak się stało, że nagle to co popularne stało się trochę obciachowe, bo przecież jak to tak być na n-​k, a nie być na globalnym super modnym fejsie.

Firmy mniejsze i większe często skutecznie ten bum wykorzystały zbierając setki, czy tysiące fanów swoich marek. Co bardziej kreatywni oprócz zajmowania się zbieractwem, zaczęli wykorzystywać swoich fanów na różné sposoby, delikatnie przemycając przy tym badanie rynku, odbiorców z pierwszej reki itd. itd. Samsung wydaje mi się tutaj jednym z lepszych przykładów. Zauważyłem, że zarówno na twitterze, jak i facebooku coś się ruszyło z ich strony. Odzywaja się, komentuja, odpowiadają. Rozsyłają ludziom telefony do testowania, choć tutaj raczej celują w blogerów, ale jest pomysł, jest inwestycja, która się zwraca darmową w zasadzie reklamą. To jest jednak wyjatek, który znam, przy czym nie twierdzę, że nie ma innych firm, które podobnie potrafia wykorzystać okazję.

Tutaj dochodzimy do meritum. Na naszym rynku nie potrafi się wykorzystać okazji. Firmy, jak wspomniano w artykule na socialtalk​.pl patrzą na nic nie znaczące na naszym rynku statystyki, wpadają w zachwyt i pada stwierdzenie, że tam trzeba być. Oczywiście, trzeba być wszedzie o ile ma się na to pomysł, czas i co za tym idzie równiez pieniądze. Sama obecność gdzieś niewiele znaczy i czesto obecnością na zasadzie żywego trupa można sobie narobić więcej szkód niż gdyby danej firmy nie było tam w ogóle.

Podstawową zasadą jest działanie z głową, nie ślepe podążanie za trendami, które są gdzieś. Wystarczy wyjrzeć przez okno biurowca, wyjść na ulicę. To nie jest Ameryka, to Polska.